Eleanor
Autor: Lesio Kubajek

"Gone in 60 seconds". Ale nie ten film z Nicolasem Cage'm i Mustangiem Shelby GT 500. Obraz, o którym mowa, jest pierwowzorem produkcji z 2000 roku. Powstał w 1974 roku. To były lata, kiedy szczytem elegancji były baki, szopa włosów na głowie, wielkie wywinięte na zewnątrz kołnierzyki koszul i równie eleganckie spodnie rozszerzane u dołu. Połowa lat siedemdziesiątych to także era wielkich samochodów. Co prawda nie tak malowniczych jak w latach pięćdziesiątych, ale również przyciągających uwagę. Baki i Mustangi wciąż mają swoich zwolenników.

Bo właśnie żółto-czarny Ford Mustang z 1973 roku, nazywany Eleanor, był głównym bohaterem filmu. To on stanowił zwieńczenie zamówienia na 48 różnych samochodów. Zlecenie na kradzież przyszło z Ameryki Południowej. Ekipa Maindriane'a Pace'a (H. B. Halickiego) musiała zwinąć i to bardzo szybko Rolls Royce'y, Cadillaki, zmodyfikowanego Forda Bronco należącego do znanego sportowca, Mantę - ale nie Opla i wiele innych ciekawych samochodów.

Twórcą tego niesamowitego obrazu był H. B. "Toby" Halicki. Pasjonował się dwiema rzeczami: samochodami i filmem. Nie jest zatem dziwne, że najbardziej lubił rozbijać samochody w filmie. Pochodził z Dunkirk w Nowym Jorku. Zaczął prowadzić, kiedy tylko sięgał nogami do pedałów, a w wieku dziesięciu lat wiedział już niemal wszystko o samochodach. Jako małolat przeniósł się do Kalifornii. Tam znalazł pracę na stacji benzynowej. W wieku 21 lat założył warsztat blacharski, w którym oprócz napraw współczesnych samochodów, zajmował się również restaurowaniem pojazdów zabytkowych. Był również właścicielem dużego złomowiska. W tym czasie zaczął również zbierać samochody. Stworzył jedną z największych kolekcji na całym świecie.


H. B. Halicki (to ten z prawej strony) za kierownicą Eleanor.

Halicki miał niewątpliwie polskie pochodzenie. Wskazują na to chociażby dwa ślady w "Gone In 60 Seconds". Pierwszym z nich jest wesele w "Kościuszko Club", gdzie hołubce wywijają panienki w krakowskich strojach. Drugim śladem jest tekst wygłaszany przez Maindriana Pace'a czyli samego Halickiego: "Shove it up your dupa!" Dla niewtajemniczonych - znaczy to mniej więcej tyle, co: "Wsadź to sobie w dupę!" Ciekawe, co?

Pomysł na film pojawił się w głowie Halickiego w 1974. Sam napisał scenariusz, wyreżyserował go i zagrał jedną z głównych ról. To on prowadził żółtego Mustanga, który uciekał przed sznurem radiowozów. "Gone..." Końcowa scena pościgu trwa 40 minut. Samo mięso dla tych, którzy lubią oglądać amerykańskie samochody. Ci, którzy nie znoszą amerykańskich samochodów, z radością będą oglądali sceny rozbijania kolejnych krążowników szos, głównie radiowozów różnego autoramentu. Mówi się, że w tym filmie rozbito 93 samochody. Ja jednak doliczyłem się zaledwie 56 zdemolowanych pojazdów.

Sceny demolki wykonano z brawurą właściwą Halickiemu. Wiele numerów zrobił sam. Nawet zawodowi kaskaderzy kręcili głową z uznaniem oglądając jego wyczyny. Scena, w której Eleanor uderza w słup przy zjeździe z autostrady nie była przewidziana w scenariuszu. To był wypadek przy pracy, który jednak włączono do filmu.

Kluczową sceną "Gone..." jest moment, gdy poobijany, zdemolowany, ale ciągle na chodzie, Mustang wykonał niesamowity 40-metrowy skok w finałowej scenie niekończącącego się pościgu. Samochód wyleciał niemal dziewięć metrów w powietrze i spadł na ziemię, kontynuując jazdę. Niestety, podczas tej ewolucji, Halicki nabawił się urazu kręgosłupa.

"Gone..." nie był arcydziełem. Widać było w nim wiele niedociągnięć, aktorstwo nie stało na najwyższym poziomie, ale mimo to zarobił oszałamiającą kwotę 40 milionów dolarów. Bardzo szybko uzyskał status filmu kultowego. Twórcę filmu zaczęto nazywać "Car Crash King", czyli królem rozbijaczy samochodów.

Był to specyficzny obraz, ponieważ mimo ogromnej ilości rozwalonych samochodów, mało w nim krwi. Liczył się impet uderzenia, pisk hamulców i jęk zawieszenia zmuszanego do granic wysiłku. W wielu ujęciach po zderzeniu samochodów, widać jak podbiegają do niego osoby postronne i wyciągają potencjalną ofiarę.

Wszelkie niedociągnięcia rekompensuje klimat filmu. Choć twórcom czasami brakowało umiejętności (kilka scen zupełnie niepotrzebnych, inne bez ostrości, problemy z utrzymaniem fabuły), obraz zrealizowano z pasją i zapałem. Poza tym – to się naprawdę fajnie ogląda!

Życie dopisało smutny epilog do historii H. B. Halickiego. Podczas kręcenia drugiej części "Gone In 60 Seconds" w 1989 roku doszło do tragicznego wypadku. Olbrzymi zbiornik na wodę runął na ziemię, przewracając słup telefoniczny który zabił "Toby’ego".

Samochód przeżył swojego właściciela. Eleanor można oglądać do dzisiaj, choć jest już na zasłużonej emeryturze. Występował w innych filmach Halickiego, między innymi "The Junkman" z 1982 roku. Eleanor występowała również w telewizji, pojawiała się na różnych wystawach motoryzacyjnych.

Mustang wciąż wygląda, jakby dopiero zjechał z planu filmowego: powyginane blachy, potłuczone światła, zdarty lakier. Ale jego serce jest nienaruszone. Nadal gada z całą siłą wszystkich swoich koni mechanicznych. Co więcej, nadal pali gumy, co można było zobaczyć na premierze "Gone in 60 Seconds" wydanego na DVD w 2000 roku. Choć nie tylko. Na płycie DVD jest dodatek, pokazujący jak współcześnie Eleanor śmiga po placu i ma się dobrze. Pali kapcie, kręci bączki i zasuwa ponad 160 km/h.

Swoich dni dożywa w spokoju w Muzeum Samochodowym Petersena w dziale z najwspanialszymi samochodami z filmów. Podczas kalifornijskiego rajdu samochodów zabytkowych buja się tuż obok innych eleganckich bryczek.

Eleanor to tak naprawdę Ford Mustang Fastback z 1971 roku. W filmie zagrał Mustanga Mach 1 z 1973 roku. Na potrzeby filmu samochód został zmodernizowany. Zamontowano w nim klatkę bezpieczeństwa oraz specjalne wzmocnienia na wzór samochodów z wyścigów NASCAR.
Mustang był wyposażony w fabryczny silnik Forda Windsor o pojemności 351 cali sześciennych, czyli ok. 4,9 litra, nieco zmodyfikowany przez H. B. Halickiego.
Miał czterogardzielowy gaźnik z automatem Cruisamatic.
Opony rajdowe GT Good Year.
24-woltowa instalacja elektryczna.
Zrywka, czyli system wyłączający silnik w razie wypadku.
Apteczka i gaśnica.


Film:
"Gone In 60 seconds", 1974
Scenariusz, reżyseria: H. B. "Toby" Halicki
Zdjęcia: Scott Lloyd-Davies, Jack Vacek
Muzyka: Ronald Halicki, Philip Kachaturian
Wystęują:
Maindrian Pace: H. B. Halicki
Pumpkin Chase: Marion Busia
Eugene Chase: Jerry Daugirda
Stanley Chase: James McIntyre
Atlee Jackson: George Cole

Wielkie podziękowania dla Andrzeja za pomoc w identyfikacji samochodów!

Strona filmu

Galeria:
Wszystkie screeny pochodzą z filmu "Gone in 60 seconds". Umieszczone są jedynie w celach informacyjnych. Prawa autorskie należą do ich właścicieli.






powrót

nasciturus69@poczta.onet.pl